piątek, 12 lutego 2016

Landrynkowo serduszkowo.

Uch. Skończyłam dziś o godzinie trzynastej. A że syn marudził , że chce jechać do biblioteki - obfociłam sweter w scenerii innej niż nasz krzak. Małż zresztą obiecał mi kupić inny krzak, bo stwierdził, że z bloga wynika, że mamy tylko jeden krzak w ogrodzie...


Sweter robiony od dwóch chyba miesięcy, albo i trzech. Wyzwanie turniejowe walentynkowe spowodowało przyspieszenie pracy i zmiany w pracach wykończeniowych. Bo pomysłu na wykończenie- nie miałam. Miał być niby ściągacz... Wyzwanie spowodowało moje oświecenie- dwukolorowy, szeroki ściągacz i na nim serduszka- bo miało być ich co najmniej dwa. I dzięki temu mogłam jakoś wybrnąć z rękawów- długość trzy czwarte dla dziecka to stanowczo nie to.
 No więc żeby zakończyć sprawę krzaków- sweterek na tle tablicy w bibliotece
 I tutaj serduszka. Ponieważ sweter jest bardzo podobny jak cieniowany musiałam coś zmienić więc po pierwsze- robiony jest ryżem, nie  ściegiem gładkim. Po drugie przy dokładaniu oczek i zbieraniu od pachy zrobiłam warkocz trójdzielny

 Ponieważ ściągacz jest w paski  na czarnym występuje"ramka" żeby nie ciągnął się warkocz.
 Przy szyjce dołożyłam czarny łańcuszek szydełkowy robiony półsłupkami.
 No i proszę - we wstępnych planach wykończenie było białe, ale biały jest niepraktyczny więc zmieniłam na czarny. A co....
 Tutaj w wersji przedściągaczowej na  "manekinie". W tle był niezwykle piękny kaloryfer- ostatnio mój ulubiony kumpel- ale zdecydowanie gośc jest niefotogeniczny, wiec go zamazałam.
  I w formie kłębowiska z drutami..
Szczerze mówiąc dojadł mi ten sweter jak mało który. Dziubałam go na dwójeczkach, które wyglądają jakby drwal na nich dziergał- całe pogięte. Dwa komplety się urwały. Zęby się psuły od samego patrzenia na tą landrynę. Ale już jest. Niezbyt ciepła- dziecku będzie w szkole komfortowo. Włóczka bawełniana, zapłaciłam za dwa pasma całą złotówkę i wywołałam podziw w sprzedawczyniach na szmateksie, że chce mi się toto rozplątywać. Zużyłam jedno pasmo, zostało mi drugie- spory kłębek. szybko się z nim nie przeproszę,  Dam sobie ze dwa tygodnie. albo i trzy. Robienie na tempo, żeby zdążyć z wyzwaniem turniejowym powodowało we mnie palpitacje i tiki nerwowe. podobnie jak wciąż wysiadający internet- bo nie ma nic bardziej złoszczącego jak fakt, ze dopełniło się wszystkich formalności, zdążyło z projektem a staje ci takie nic jak kawałek elektroniki na drodze... Ponadto czeka mnie gigantyczne sprzątanie- nie zdążyłabym ze swetrem, pracując co drugi dzień do późnej nocy i robiąc za domowego Kopciuszka.
 Chyba nigdy więcej nie będę robić nic w takim tempie... w sensie że na drutach, Lub szzydełkiem. Albo na maszynie. Bo pośpiech to wskazany jest przy łapaniu pcheł... Ale jakiś nieprzekraczlny termin warto sobie wyznaczyć

Pozdrawiam

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz i zapraszam ponownie!